niedziela, 15 lutego 2009

Phi... Walentynki?


No dobrze! Niech Wam będzie! Walentynki... Mój Mąż od kilku dni odgrażał się, że on to tradycjonalista i obchodził to on i owszem będzie, ale... Noc Kupały ;) Czemu nie? Szczególnie ze względu na obowiazujące w tę czerwcową Noc niektóre zwyczaje... ;)

No ale jak to z facetami. Nigdy nic nie wiadomo ;) 

Więc wystąpił wczoraj Małżonek drogi z moimi 'prawie' ;) ulubionymi tulipanami dla mnie, Córci przy okazji też się dostało, ale... dostało się też Kotom. Nie, nie, nie tulipanami nawet, z okazji Walentynek dostały porcję serc drobiowych do pożarcia. Dziwne to tym bardziej, że akurat Mąż i Koty specjalną miłością się wzajem nie darzą...

Za to ponieważ ja miłością wielką Męża darzę od lat kilkunastu, zaserwowałam mu deser zgodny z II fazą MM (tłuszczowy). Mus czekoladowy. 

Przepisów na ten specjał można wszedzie spotkać wiele. Mój opiera się na dobrym pomyśle Nigelli, która nie ubija musu w nieskończoność, a wrecz przeciwnie, zajmuje jej ta czynność raptem 1 minutę i 15 sekund :-)

Przepis:

  • 200 g czekolady minium 70% kakao
  • 200 ml śmietany kremówki minimum 30%
  • 1/4 łyżeczki ziela angielskiego
  • 1/2 łyżeczki esencji waniliowej
  • 1 jajko

Wykonanie:

Ziele angielskie rozdrabniam i wraz z wanilią dodaję do śmietany. Całość podgrzewam niemal do wrzenia. Miksturą zalewam rozdrobnioną czekoladę i po 30 sekundach zaczynam miksować, po kolejnych 30 sekundach wbijam jajo i miksuję jeszcze 45 sekund. Przelewam do kieliszków i wstawiam do lodówki na minimum 6 godzin. Przed podaniem dobrze jest, by postał w cieple ze 20 minut. Lepiej wtedy czuć 'meksykańską nutkę';)

czwartek, 12 lutego 2009

Jest taki dzień...

na pewno jest... Każdy MUSI mieć taki dzień, kiedy kuchnię omijać powinien z daleka! A już na 100% nie powinien zabierać się za pieczenie i to chleba w dodatku! Taki dzień ja mam dziś... I szkoda, że tego nie wiedziałam zanim nie zabrałam się za tego pysznego "Węgra". Na szcęście teraz już wiem i kuchnię dziś omijam wielkim łukiem.

Jakiś czas temu Liska w swojej pracowni zamieściła przepis na chleb węgierski z ziemniakami, na zakwasie. Brzmiał nawet, nawet. Ale dopiero wczoraj, gdy ten sam chlebuś na swoim blogu opisała Tilinara, chleb do mnie przemówił.

Zakwas stał sobie w lodówce lekko uśpiony, dosypałam mu ciut mąki i zamieszałam, odważyłam 450 g w misce i zostawiłam na noc już na lodówce. Rano okazało się, że ruszył :-) I chyba niepotrzebnie go rozruszałam, bo się zaczeło... Przygotowałam wszystkie potrzebne składniki. Wlałam, wsypałam, wymieszałam, dałam 9 minut popracować nad tym maszynie i odstawiłam do pierwszego rośnięcia na 30 minut. I tu jeszcze wszystko było OK.

Po tym czasie przełożyłam do keksówki, zastanawiając się czy aby nie upiec go jednak w dwóch, stanęło na jednej. Ciasto wypełniło keksówkę w połowie, może nawet niezupełnie, umieściłam nad kaloryferem do wyrośnięcia i teoretycznie 2-3 godziny miałam wolnego... 

TEORETYCZNIE!!! Gdybym po 1 godzinie i 15 minutach nie przechodziła obok, to miałabym kuchnię do sprzątania ;) Chleb urósł jak wariat i rósł dalej... Przejechałam mu nożem przez środek drugą ręką zapalając piekarnik. Nóż w serce pomógł na chwilę, ciasto jakby się zatrzymało, a po włożeniu do 190 stopni C. niestety trochę zwinęło się do środka ;(

Po przepisowych 45 minutach pieczenia, skręciłam temperaturę do 150 stopni C., otworzyłam piekarnik, wyciagnęłam keksówkę, odwróciłam do góry dnem i... NIC!!! Pierwszy raz bochenek mi nie wypadł....! Po mocniejszym szarpnięciu wypadł, ale z poranionym bokiem ;( Wsadziłam go jeszcze na 10 minut do piekarnika, bo mimo wszystko lubię chrupiącą skórkę, po tym czasie wyłączyłam piekarnik, uchyliłam nieco  i chleb tam sobie chwilkę pobył. Studził się na kratce.

Po wystygnięciu i odkrojeniu pierwszej kromki okazało się, że smak ma REWELACYJNY. Miąższ jest dziurkowany całkiem przyzwoicie, nie kruszy się ani nie lepi i pachnie obłędnie.

Przynajmniej tyle.

Przepis:

Chleb węgierski na zakwasie

Składniki:

  • 450 g zakwasu żytniego
  • ok 200 g wody
  • 3 łyżeczki suszonych drożdży (moim zdaniem za dużo)
  • 1 łyżeczka cukru (ja dałam miód gryczany 1/2 łyżeczki)
  • 450 g mąki pszennej chlebowej (ja dałam 1/3 mąki żytniej chlebowej, 2/3 mąki pszennej chlebowej)
  • 3 płaskie łyżeczki soli morskiej (jeśli kamienna, dajemy mniej) (ja dałam 2 łyżeczki soli kuchennej)
  • 150 g ugotowanych ziemniaków przeciśniętych przez praskę
  • 1 łyżka kminku

Wykonanie:

czytaj wyżej ;)

środa, 11 lutego 2009

Babciny chleb pszenny na maślance.


Z rozbiegu niejako, choć przy udziale lenistwa ;) zrobiłam dziś chleb, którego przepis znałam z książki "Chleb. Pieczemy w domu", a który to niedawno upiekła w swojej kawiarence Dorota.

Wyrósł w koszyku niesamowicie i po wyjęciu z piekarnika okazał się być chlebem wielgachnym. Na szczęście 'wpadła' znajoma i została obdarowana połową bochna.

Chleb jest łatwy w przygotowaniu, zawsze chyba się udaje (bo nie ma w nim co sknocić), ma delikatny miąższ i chrupiącą skórkę.

Po oddaniu jednej powy z drugiej została już tylko połowa... Ech... 

Rolady drobiowe w sosie grzybowo-musztardowym


Idąc dalej tropem Michela M. zrobiłam dziś rolady z piersi kurczaka w sosie grzbowo-musztardowym. Danie to jest zupełnie zgodne z filozofią żywienia wg MM. Jest to posiłek tłuszczowy z fazy I i w takiej formie zjadłam go ja, moja rodzina zaś z brązowym ryżem (Mąż, bo on je zgodniez II fazą) i ziemniakami (dzieciarnia, bo one mają dziecięcy wstręt do wszystkiego co zdrowe ;))

Przepis wziął się z wariacji na temat filetów drobiowych zawijanych z serem i pieczarkami, choć TE rolady są o wiele smaczniejsze i rzekłabym wykwintniejsze. A podane z lampką białego wina mogą śmiało stanowić główny punkt całkiem eleganckiej kolacji.

Przepis:

  • 4 pojedyncze piersi z kurczaka (z polędwiczek robię osobne kotleciki)
  • 8 pieczarek niezbyt duzych
  • 20 g suszonych grzybów
  • 5 łyżek musztardy z Dijon
  • 8 cieniutkich plasterków wędzonego boczku lub tłustej szynki
  • oliwa do smażenia
  • 1/2 szklanki gęstej śmietany (może być 18%)
  • 2 żółtka
  • sól
  • pieprz

Wykonanie:

Suszone grzyby namaczamy w 250 ml wody. Mięso rozbijamy na cienkie płaty (ja wkładam filet do woreczka foliowego i dopiero rozbijam, mięso nie rozpryskuje naokoło i w filecie nie robią się dziury), opruszamy solą i pieprzem, smarujemy każdy łyżką musztardy. Na tak przygotowanych filetach kładziemy po 2 cieniutkie plasterki wędzonego boczku lub szynki, pokrojone w plasterki 2 pieczarki. Całość rolujemy i spinamy wykałaczkami lub obwiązujemy nicią. Na patelni rozgrzewamy oliwę i obsmażamy rolady z każdej strony na złoty kolor. Zmniejszamy moc palnika i wlewamy wodę razem z grzybami, które się w niej moczyły. Dusimy całość ok 30 minut. Wyjmujemy mięso z patelni. Sos doprowadzamy do wrzenia i wlewamy do niego śmietanę z rozkłóconymi  w niej żółtkami. Całość podgrzewamy aż zgęstnieje, ale nie gotujemy, żeby żółtka się nie ścięły. Na koniec dodajemy do sosu łyżkę musztardy i doprawiamy go, w razie potrzeby solą i pieprzem.

Bułeczki na śniadanie.



Od trzech dni spotykam je niemal wszędzie ;) ... W  końcu zmusiły mnie, żeby je zrobić. Faktycznie, są proste w obsłudze i w dodatku smaczne :-)

Przepis (podaję na 6 sztuk):

  • 1,5 szklanki mąki pszennej chlebowej
  • 1/2 łyżki mąki ziemniaczanej
  • 1/2 łyzki cukru
  • 1/2 łyzeczki soli
  • 1/4 szklanki wody
  • 1/4 szkalnki mleka
  • 1 łyżka oleju
  • 20 g drożdży 

Wykonanie:

Wieczorem: drożdże rozmieszać z cukrem i odrobiną mleka i chwilę odczekać. Do mąki wlać składniki płynne, wsypać sól i cukier, dodać rozczyn drożdżowy i zagnieść elastyczne ciasto. Włożyć do naoliwionej miski, zakryć folią i schować do lodówki.

Jeśli robimy przy pomocy maszyny, to wszystkie składniki w odpowiedniej kolejności umieszczamy w maszynie i włączamy program krótkiego zagniatania np. 'pasta'. Po zakończeniu programu ciasto wyjmujemy itd.

Rano: wyjmujemy wyrośnięte ciasto z lodówki, zbijamy, lekko zagniatamy i według własnej fantazji formujemy 6 zgrabniutkich bułeczek. Zostawiamy na blaszce wyścielonej pergaminem do wyrośnięcia na ok 30 minut. Po tym czasie możemy posmarować białkiem i obsypać makiem, sezamem itp.

Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni i pieczemy ok 25-30 minut, aż bułeczki będą rumiane.

Smacznego :-)

wtorek, 10 lutego 2009

Cynamonki błyskawiczne, czyli przypiliło nas ;)

Jedno dziecko chore już od soboty, drugie chore od dziś. I Bogu dzięki, że ich tylko dwoje, bo znaczy to, że jesteśmy już w drugiej połowie chorowania ;)

Apetytu brak, ale coś słodkiego zjedzą zawsze. W zamrażarce od dłuzszego czasu przeszkadzało ciasto francuskie, więc odzieliłam kawałek, pokroiłam w nieduze prostokąty, ułożyłam na blaszce z papierem, pomazałam śmietaną (jajka się skończyły!), obsypałam brązowym cukrem i cynamonem i upiekłam w 200 stopniach przez ok 10 minut.

Mała rzecz a cieszy ;)

A za oknem śnieg pada, śnieg pada... :-)

poniedziałek, 9 lutego 2009

Chleb orkiszowo-orzechowy czyli śniadanie wg MM ;)



Michel Montignac i jego pomysł na zdrową i w dodatku odchudzającą dietę, nie są mi obce. Dzięki jego sposobowi odżywiania i oczywiście sporej dawce sportu, 4 lata temu w ciągu 14 miesięcy zgubiłam 35 kilogramów :-) I byłam szczęśliwa. Potem moje szczęście się jeszcze powiększyło, bo nagle i niespodziewanie zaszłam w ciążę ;) Stan ten okazał się zarówno błogosławiony jak i zgubny, bo ogarnął mnie wielki wstręt do zdrowego i poprawnego odżywiania. Nie ma co jęczeć i rozczulać się nad sobą, Bartek ma już 2 lata, a ja znowu nadmiar kilogramów, choć może już nie taki jak po pierwszej ciąży. Obiecałam sobie, że od 1 lutego się zabiorę... za siebie. No i się zabrałam... zrobiłam sobie suwaczek hi hi hi. 

Niemniej czas ucieka (wieczność czeka?), do magicznej "czterdziestki" zostało 22 miesiące, a ZAWSZE sobie obiecywałam, że będę "ryczącą czterdziestką" - cokolwiek to znaczy ;))

I w zwiazku z powyższym oraz z tym, że po weekendowej piekarni nie został ani okruszek, zrobiłam wczoraj przegląd zapasów mączanych i okazało się, że mam sporo mąki orkiszowej typ 1850, 1450 i 3000 (tej ostatniej używam do zakwasu), w szufladzie były też orzechy laskowe. Szybki przegląd dostępnych lektur przypomniał mi, że chleb orkiszowo-orzechowy z maszyny chlebowej jest bardzo smakowity i sycący. A ponieważ moja maszyna daaaawno nie piekła chleba od początku do końca, więc dostała robotę.

Przepis pochodzi s książki Mirjam Beile "Chleb własnego wypieku":

  • 420 ml wody
  • 1 1/2 łyżeczki oleju
  • 1 1/2 łyzeczki soli
  • 650 g mąki orkiszowej pełnoziarnistej (ja wymieszałam co miałam)
  • 1 1/2 łyzeczki suszonych drożdży
  • 100 g dowolnych orzechów

wszystkie składniki (z wyjątkiem orzechów) w podanej kolejności umieściłam w maszynie i włączyłam program 'pieczywo pełnoziarniste'. Po sygnale dźwiekowym wsypałam rozdrobnione orzechy. Resztę zrobiła maszyna :-)

Chlebuś ten jest niesamowicie sycący! Jedna kromka podana w towarzystwie chudego twarogu i warzyw wystarcza na pół dnia ;)

Related Posts Widget for Blogs by LinkWithin