Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weekendowa cukiernia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą weekendowa cukiernia. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 9 listopada 2010

buraczkowe ciasto czekoladowe WC październik :)

Chyba październik? Bo się trochę pogubiłam... Praca i do tego studia podyplomowe (w starczym wieku jednak stanowczo w domu się powinno pod kocem leżeć, a nie studiować hi, hi) pochłaniają czas prawie maksymalnie. Oczywiście piekę (jutro rogale), gotuję i nawet robię zdjęcia, i tylko już dalej to powinnam sekretarke mieć ;) No ale tego ciacha nie mogłam sobie odmówić, po pierwsze z ciekawości, po drugie ze ślinotoku jakiego dostawałam na widok już upieczonego przez innych. 

Powiem tak: w życiu nie jadłam tak pysznego ciasta czekoladowego! A jadłam wiele, bo to mój ulubiony gatunek ciast jest :)

Przepis jest od Pinkcake i ja nic w nim nie zmieniłam, to znaczy zmieniłam ;) bo nie odcisnęłam soku, nie wydawało mi się to konieczne... I dobrze zrobiłam :) 

  • Czekoladowe ciasto buraczane

  • 250 g gorzkiej czekolady
  • 3 jajka
  • 200 g brązowego cukru
  • 100 ml oleju
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 100 g mąki
  • 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 50 g mielonych migdałów
  • 250 g surowych buraków startych na drobnych oczkach

    Na polewę:

  • 100 g gorzkiej czekolady
  • 100 g cukru
  • 100 g kwaśnej śmietany

    Wykonanie ciasta:


Czekoladę połamać na kawałki i rozpuścić w kąpieli wodnej po czym ostudzić.

Jajka ubić z cukrem i olejem do uzyskania kremowej masy. Następnie delikatnie połączyć masę jajeczną z ekstraktem waniliowym, przesianą mąką, sodą, proszkiem do pieczenia i mielonymi migdałami.

Ze startych buraków odcisnąć nadmiar soku. Dodać je do ciasta wraz z roztopioną czekoladą i dokładnie wymieszać.

Przełożyć masę do blaszki lub tortownicy (22 cm) z dnem wyłożonym papierem i piec w piekarniku nagrzanym do 180°C przez 50-60 minut do suchego patyczka. Jeżeli ciasto zbytnio się rumieni od góry, można je przykryć folią aluminiową. Upieczone ciasto odstawić na chwilę, po czym wyjąć z formy i ostudzić na kratce.

Przygotować polewę: czekoladę rozpuścić w kapieli wodnej, ostudzić. Zmiksować razem z cukrem i śmietaną. Rozsmarować po wierzchu i brzegach wystudzonego ciasta


piątek, 1 października 2010

śliwkowe po bawarsku z WC wrześniowej

Hmmm... właściwie to do teraz nie wiem czy to bawarski czy węgierski placek ;) bo źródła podają wersje dwie. W sumie to jednak mało  istotne. Placek drożdżowy ze śliwkami po prostu :P Propozycja do wrześniowej Weekendowej Cukierni.

Piekłam go dawno temu i... wiem, wiem dziś już październik, ale myślę, że Polka wypiek uzna;P

Bawarski placek z "węgierkami"

  • 20 g świeżych drożdży
  • 200 ml letniego mleka
  • 400 g mąki
  • szczypta soli
  • 1 jajko
  • 100 g cukru + 1 łyżka
  • 75 g roztopionego masła
  • 1,25 kg węgierek
  • 50 g posiekanych migdałów
  • 1/2 łyżeczki cynamonu

Drożdże rozrobić z mlekiem i 1 łyżką cukru i odstawić na 15 min, by zaczyn zaczął pracować. 
Połowę mąki, sól, jajo i 75 g cukru wymieszać z rozczynem drożdżowym i roztopionym masłem. Wyrobić ciasto, dodając stopniowo pozostałą mąkę. (Ciasto powinno odchodzić od brzegów miski; jeżeli się klei, należy dosypać trochę więcej mąki).
Pozostawić ciasto pod przykryciem przez 30 min do wyrośnięcia.
Węgierki umyć, osuszyć, wypestkować i przekroić na ćwiartki. 
Ciasto energicznie zagnieść, by je odpowietrzyć, a następnie rozwałkować.
Standardową blachę posmarować masłem i rozłożyć na niej równomiernie rozwałkowane ciasto. 
Na cieście ułożyć śliwki, posypać migdałami.
Pierkarnik nagrzać do temperatury 220 st. C. Piec ciasto na dolnym poziomie piekarnika przez 30 min. 

PS. Cudzysłów zamierzony, bo prawdziwych węgierek nie miałam, ot zwykłe śliwki ;)

poniedziałek, 28 czerwca 2010

tarta. pierwsza w życiu. WC czerwiec.

Broniłam się rękami i nogami przed tartami... ;/ Nie, nie wcale nie znaczy, że nie próbowałam. Próbowałam. Zawsze  z marnym skutkiem. Szkoda gadać. Tym razem jednak postanowiłam, że albo ona albo ja i zabrałam się do rzeczy bez kompleksów, zapominając o złotych poradach w stylu zimny blat, lodowate ręce... I? I się udało! :D 

Pyszna tarta! Za pyszna tarta ;P

Przepis od Polki z Weekendowej Cukierni edycja czerwcowa. Tarta może i czasochłonna, ale pracochłonna wcale, a poza tym udaje się! Nawet mi ;) 

Ta bogatsza wersja poszła na gościnny stół ;) Wersja z kilkoma jagódkami to wersja testowa samej tarty oraz moich wrednych tartaletek ;)

sobota, 8 maja 2010

tort latte macchiato z jogurtem czyli majowe WC ;)

 Lekki, jogurtowo-kawowy tort z majowej Weekendowej Cukierni to propozycja Ewelosy. Jedna z dwóch, ale chyba ta fajniejsza ;) 

Zrobiłam dziś na szybko, bo się goście zapowiedzieli niespodzianie ;) A że to tacy swojscy goście, więc mogłam pozwolić sobie na wypróbowanie czegoś nowego. Ryzyko, że nie wyjdzie znikome w sumie przy tym cieście, a nawet jak coś się trochę obsunie, to nic się wielkiego nie stanie. Obsunęło się więc trochę, ale to wynik pośpiechu. Na gorący w sumie jeszcze spód kładłam białą masę i nie miałam wiele czasu na czekanie, aż całkowicie stężeje więc kawowa nieco przeciążyła białą, ale co tam ;) Smakuje dobrze, a to najważniejsze przy swojskich gościach. 

Przepis:

Ciasto: 
  • 125 g masła
  • 80 g cukru
  • 4 łyżeczki cukru waniliowego
  • szczypta soli
  • 2 jajka
  • 100 g mąki pszennej
  • 50 g mąki ziemniaczanej
  • 2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia

Biały krem:

  • 750 g jogurtu naturalnego
  • 90 g cukru
  • 5 łyżeczek żelatyny
  • 4 łyżki gorącej wody
  • 100 ml śmietany kremówki
  • 2 łyżki ekstraktu waniliowego

Ciemny krem:

  • 450 g jogurtu naturalnego
  • 80 g cukru
  • 4 łyżki kawy rozpuszczalnej
  • 4 łyżeczki żelatyny
  • 4 łyżki gorącej wody
  • 100 ml kremówki

Sposób przygotowania:

Piekarnik nagrzewamy do 200’C. Tortownice o średnicy 26 cm smarujemy masłem i wysypujemy bułką tartą.
Miękkie masło ucieramy z cukrem, cukrem waniliowym  i solą na kremową masę.
Dodajemy po jednym jajku i ucieramy.
Przesiewamy do masy obie mąki wymieszane z proszkiem do pieczenia.

Wylewamy do formy, wygładzamy i pieczemy 30 minut. Studzimy.
Ciasto wykładamy na paterę i spinamy obręczą do tortów.

Przygotowujemy biały krem: jogurt łączymy z cukrem i ekstraktem waniliowym. Żelatynę rozpuszczamy w gorącej wodzie, lekko studzimy i łączymy z 3 łyżkami masy jogurtowej a następnie z resztą jogurtu.

Ubijamy 100 ml kremówki i delikatnie łączymy z białą masą jogurtową. Ciasto smarujemy 2/3 kremu i wstawiamy do lodówki na pół godziny. Pozostałą 1/3 kremu odstawiamy w temperaturze pokojowej.

Przygotowujemy ciemny krem: jogurt mieszamy z cukrem i kawą w proszku. Żelatynę rozpuszczamy w gorącej wodzie, lekko studzimy i łączymy z 3 łyżkami masy jogurtowej a następnie z resztą jogurtu.

Ubijamy na sztywno 100 ml kremówki i delikatnie łączymy z masą kawową. Ciemny krem wykładamy na jasny.

Tort wkładamy ponownie do lodówki i schładzamy około 20 minut.
Odłożony biały krem mieszamy i delikatnie wykładamy na wierzch.

Wstawiamy ciasto na noc do lodówki.
Przed podaniem tort posypujemy wiórkami czekoladowymi.

Uszczegółowiłam nieco przepis ;) I dodam tylko jeszcze, że w przypadku kremów nie ma mowy o lekkim czy delikatnym mieszaniu... Trzeba solidnie ubić, bo jogurt pod wpływem żelatyny robi się grudkowaty. No chyba, że to wina jogurtu... ale robiłam z solidnym Zottem  ;)

No i mój tort w połowie został zjedzony po 3 godzinach od momentu wstawienia do lodówki... Ale i tak jest smaczny i lekki :)

piątek, 12 marca 2010

Weekendowa Cukiernia Marcowa :)

Odrobiłam zadanie domowe ;) 

Czytając przepis na te drożdżówki już miałam podejrzenia, że coś pójdzie nie tak... No bo 350 ml płynów w sumie i 2 jaja na pół kilo maki??? Ale OK, ja się przecież nie znam, ja dopiero zaczynam, więc się mądrzyć nie będę! 

Robotę zadałam maszynie, wyrobiła mi ciasto i wyrosła jak trzeba. Ale ciasto było niezwykle rzadkie i delikatne. Zapowiadała się więc niezła zabawa w rolowanie ;) I była... Podsypując mąką rozciągnęłam ciasto w pożądany prostokąt, wymazałam czym potrzeba, posypałam czym chciałam i za rolowanie się zabrałam... Jakoś się udało, choć rulonem tego nazwać nie można było... A jeszcze pod uciskiem noża przy krojeniu na porcje, spłaszczyło się bardziej! Ale co tam wygląd! Smak się liczy!

Przepis:

  • 500 g mąki pszennej + dobre 50 g jeszcze do maszyny i sporo do podsypywania
  • 40 g cukru pudru
  • szczypta soli
  • 18 g drożdży instant
  • 250 ml letniego mleka
  • 2 jaja
  • 100 g rozpuszczonego masła

Płynne, sypkie, drożdże, maszyna i po 90 minutach jest ciasto :) Należy je uformować w prostokąt i posmarować:

  • 50 g roztopionego masła
  • 100 g marcepanu+1 jajo+1 łyżka ciepłego mleka - trzeba utrzeć wszystko razem
  • 100 g płatkow migdałowych

Zrolowac prostokat i podzielić na 13-25 porcji. Ułożyć na blasze z papierem do pieczenia w sporych odstępach i dać wyrosnąć. Posmarować rozmaconym zółtkiem z łyżką wody, obsypac rodzynkami i piec ok 30 minut w 180 stopniach C. Piekłam z grzaniem góra-dół tym razem. Studzić na kratce. Można polukrować lukrem utartym z cukru pudru i wrzątku, i obsypac grubo posiekanymi pistacjami niesolonymi - moje akurat były prawie zmielone ;) 

Tak jak myślałam, ciasto drożdżowe jest niezwykle delikatne. Darowałam sobie posypywanie wnętrza cukrem, a także polukrowałam mało i nie wszystkie. Marcepan jest wystarczająco slodki :) Mam 13 sporych drożdżówek wyglądem daleko odbiegających od wzoru z bloga Edysi, ale smakiem na bank je przewyższających! (pracuję nad asertywnością własną ;))

niedziela, 14 lutego 2010

różowe makaroniki walentynkowe trochę z WC ;)

Od razu mówię, że to tylko i wyłącznie moje zdanie jest. Walentynki to szczyt kiczu. I nie będę rozwijać tego zdania. 

Wiem, że są osoby, które to "święto" zbywają milczeniem, udając że go nie ma... Mogłabym i tak, ale wcale nie znaczyłoby to, że tego czegoś nie ma. Nie wystarczy zamknąć oczy... Ono jest. Epatuje z każdej strony. Doprowadza do mdłości swoją słodyczą.

A ja wolę kochać i być kochaną przez wszystkie dni w roku, a nie tylko 14 lutego...

Te różowe makaroniki są swego rodzaju heppeningiem ;) Nie lubię różowego koloru. Nie lubię Walentynek. W wyniku połączenia tych uczuć powstały różowe makarony...

Mam nadzieję, że Olcik mi wybaczy? To są kawowe makaroniki z lutowego wydania Weekendowej Cukierni...;) Pomijając kolor, są wyśmienite. Gorzka czekolada, do której dosypałam granulek kawy doskonale rónoważy słodkość otaczających ją ciasteczek. A te? Chrupkie i lekko ciągnące, i takie jak być powinny. Choć może mogłam masę na nie ze dwa razy jeszcze przemieszać, bo nie do końca ciasteczka są gładkie. Następnym razem się poprawię ;)

Przepis:

  • 100 g białek oddzielonych od żółtek 72 h temu i pozostawionych na blacie
  • 40 g drobnego cukru
  • 200 g cukru pudru
  • 120 g mielonych migdałów
  • odrobina różowego barwnika spożywczego
  • 1 tabliczka gorzkiej czekolady rozpuszczonej*w kilku łyżkach kremówki i 
  • 1 łyżka granulek kawy 

Białka ubijamy na lekką pianę i dosypujemy drobny cukier. Ubijamy na sztywno, dodajemy barwnik. Mielone migdały i cukier puder przesiewamy i mieszamy z ubitymi białkami, delikatnie, do momentu aż masa osiagnie pożądaną strukturę. Umieszczamy ją w rękawie cukierniczym i wyciskamy niewielkie, okrągłe ciasteczka na blachę z papierem do pieczenia. Ciasteczka zostawimy do podeschnięcia na pół godzinki. Umieszczamy blachę w piekarniku rozgrzanym do 150 stopni na jakies 15 minut, zostawiając lekko uchylone drzwiczki. Upieczone makaroniki łączymy w pary, przekładając rozpuszczoną i wymieszana z kawą czekoladą. 

*Grażynko, dzięki za podpowiedź jak rozpuścić czekoladę w mikrofali nie dokładając sobie roboty ze sprzataniem całej kuchenki ;) :*

czwartek, 11 lutego 2010

pączki z WC, dla Sąsiadów ;)

My się odchudzamy ;) Ale przecież zasada znana jak świat "w przyrodzie nic nie ginie", powoduje, że zadbałam o moich ukochanych Sąsiadów: Dorotkę, Sławka, Anetkę i Jakubka i nasmażyłam im pączków :) Się ucieszyli, palce lizali (własne), po rękach całowali (panowie mnie), ja sobie sprawiłam przyjemność samym robieniem pączków i bardzo mi było miło, że im smakowało!

Pączki robiłam wg przepisu podanego przez Olcika do Lutowej Weekendowej Cukierni, z tą małą różnicą, że z podwójnej porcji ;)

Przepis:

  • 1 kg mąki pszennej T.500 przesianej
  • 100 g drożdży (pączki zawsze robię ze świeżych)
  • 120 g cukru
  • pół litra mleka
  • 8 żółtek (miałam wielgachne)
  • 100 g roztopionego masła
  • skórka i sok z 1 cytryny
  • 1 kieliszek (2 łyżki) spirytusu
  • szczypta soli
  • konfitura z róży do nadziewania
  • smalec (tylko na smalcu pączki są pączkami) do smażenia

Do miski rozkruszam drożdże i zasypuję je połową cukru, zostawiam na chwilkę, potem dosypuję ok 200 g mąki i wlewam pół szklanki letniego mleka. Robię zaczyn i odstawiam w ciepłe miejsce. Żółtka ucieram z cukrem na kogel mogel. Mleko, kogel mogel, mąkę, resztę cukru, podrośnięty zaczyn, sok z cytryny, skórkę i spirytus oraz szczyptę soli umieszczam w maszynie do pieczenia chleba, która pięknie wyrabia ciasto. Podczas wyrabiania dolewam rozpuszczone masło. Wyrobione ciasto zostawiam na podrośnięcie na ok 10 minut, po tym czasie maszyna jeszcze raz wyrabia ciasto. I dopiero tak wyrobione ciasto forumuję w pączki nadziewając konfiturą z płatków róży. Odstawiam przykryte ściereczką na solidnie omączonym blacie do wyrośnięcia. Smażę we frytownicy, na smalcu, w 170 stopniach po 2 minuty z każdej strony. Lukruję najprostszym lukrem z cukru pudru i wody.

Mam w tym karnawale usmażoną setkę pączków na liczniku. Z tej porcji wychodzi ich 39 i są bardzo smaczne i delikatne. Polecam :)

sobota, 30 stycznia 2010

mus czekoladowy z WC

Goś z blogu Sweet Art zaproponowała na weekend trwający styczeń cały ;) aż trzy przepisy. Właściwie niespecjalnie byłam zainteresowana czymkolwiek, z wiadomych względów, ale... No i teraz następuje standardowe tłumaczenie grubasa ;) mianowicie duże dziecię, które stanowczo nie powinno jadać takich rzeczy, pojechało sobie końcówkę ferii spędzać u mojej siostry, więc wykorzystaliśmy moment na czekoladowy mus. 

Robiłam wg podanego przez Goś przepisu, pomijając jedynie cukier, co pozwoliło potraktować mus jako deser drugofazowy wg Montiego. 

Przepis:

  • 200 g czekolady (90%)
  • espresso
  • 70 g masła
  • 4 jaja
  • 6 łyżek kremówki
  • 3 łyżki cukru pudru (u mnie 1 łyżka fruktozy)

Na parze rozpuścić czekoladę z masłem i espresso, dobrze wymieszać. Żółtka utrzeć z fruktozą na kogel-mogel i dodac do nich przestudzoną masę czekoladową, wymieszać. Kremówke ubic na sztywno i połączyc z mają jajeczno-czekoladową, ubic pianę z białek i delikatnie wmieszać w calość. Przełożyc do pucharków i schłodzić. Wyjąć z lodówki 20 minut przed podanie, wtedy smak kawy będzie bardziej wyczuwalny.

   


niedziela, 25 października 2009

cytrynowe kwadraty w formie trójkątów z WC #15



Julia z bardzo ciekawego blogu bezglutenowego, Gospodyni Cukierni nr 15, zaproponowała zabawę w cytrynkę ;)

Oj, było baaaardzo cytrynowo... 

 Swoje ciasto piekłam w tortownicy i dlatego kroiłam w trójkąty. 

Czy smakowało? No i tu zdania są różne... ;) Wszystkim smakował spód, a robiłam wersję bezglutenową. Góra smakowała niektórym. Całość smakowała wszystkim, ale... następnego dnia... Cóż, ciastko  jest specyficzne (jak na nasz gust), ale warto było je zrobić :-) Ja tam cytrynke lubie i pewnie jeszcze kiedyś popełnie ten wypiek.

Przepis:

Kruchy spód:
-200g mąki zwykłej(lub 100g ziemniaczanej, 50g kukurydzianej i 50g mąki ryżowej
+łyżka gumy guar)
- 100g masła
- 50g cukru pudru

Wierzch:
- 2 jaja
- 200g cukru
- 3 łyżki mąki ziemniaczanej(nie bardzo kopiaste)
- 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
- sok wyciśnięty z 2 cytryn


Spód: Zagnieć wszystkie składniki na kruche ciasto. W razie problemów, można dodać trochę kwaśnej śmietany. Wyłóż spód do wysmarowanej foremki kwadratowej. Piecz ok 20 min w 180C.

Wierzch: Ubij jaja z cukrem. Dodaj mąkę i proszek, wymieszaj. Wyciśnij sok z cytryn, znów wymieszaj. Wylej przygotowaną masę na upieczony spód i piecz dodatkowe 20 min w 180C

czwartek, 8 października 2009

Kruchy sernik z jabłkami z WC#14



Druga propozycja Olciaky do 14-go wydania Weekendowej Cukierni na początku wcale nie wchodziła w rachubę... Kocham, uwielbiam serniki, ale z jabłakami to już piekłam w tym sezonie, a na spodach takich kruchych to ja nie bardzo lubię... Ale... Chyba miałam za dużo czasu ;) i obok rogali, które są REWELACYJNE, popełniłam i serniczek :-)

Robiłam go zgodnie z przepisem, który poniżej, ale niestety mam drobne ale ;), najpierw jednak przepis:

Ciasto kruche:
- 200 g mąki
-2 łyżeczki kako 
- szczypta soli 
- 50 g cukru 
- 1 jajko 
- 100g zimnego masła 
- 100 g migdałów w płatkach


Masa serowa:
- 500 g twarogu 
-125 g cukru 
- 50 g mąki ziemniacznej 
- 4 jajka 
- 2 łyżeczki skórki startej z cytryny 
- 200 ml śmietany


Ponadto:
- 5 winnych jabłek 
- 4 łyżki miodu 
- sok 1/2 cytryny 
- 1 łyżeczka cynamonu


1. Mąkę wymieszać z kako,solą ,cukrem i wysypać na stół.W pryzmie zrobić wgłębienie,do środka dodać jajko.Wokół rozłożyć kawałki zimnego masła.Wszystkie składniki posiekać nożem,tak by powstały grudki.Nastepnie całość wyrobić,z ciasta uformować kulę,zawinąć w folię aluminiową i wstawić na ok. 30 minut do lodówki.

2. Piekarnik nagrzać do 180 stp. ( z termoobiegiem 160 stp.) .Ciasto rozwałkować pomiędzy dwoma kawałkami pergaminu na kształt koła,zostawiając brzegi 3-4 cm większe niż wielkość tortownicy ( śr.26 cm). Tortownicę nasmarować tłuszczem i oprószyć migdałami w płatkach.Rozwałkowane ciasto umieścić w tortownicy na migdałach,używając wałka,po czym docisnąć i uformować brzeg.

3. Masa serowa: twaróg zemleć,wymieszać z cukrem,mąką ziemniaczaną,jajkami i skórką z cytryny. Śmietanę ubić na sztywną pianę i dodać do masy,całość ostrożnie wymieszać. Wierzch ciasta wygładzić i piec ok. 60 minut w rozgrzanym piekarniu.

4. W tym czasie obrć jabłka,wykroić z nich gniazda nasienne,miąższ pokroić w cząstki. Na patelni skarmelizować miód,dodać jabłka ,całość podlać sokiem z cytryny i dusić ok. 3 minuty.Jabłka posypać cynamonem i rozłożyć równomiernie na cieście.Odczekać ,aż ciasto całowicie wystygnie. Chłodzić w lodówce przez 30 minut.

No i moje ale ;)

- ten kruchy spód sam w sobie jest bardzo fajny, ale nie do tak delikatnego i kremowego sernika... Po prostu jest zbyt "obcesowy" dla niego.

- masa serowa nie ma wyrazistego smaku, trzeba podwoić skórkę cytrynową i najlepiej jeszcze wcisnąć sok z cytryn dwóch ;) - tylko, ze byc może to ja mam dziwny smak ;)

- i chyba bardziej pasowałaby do tego serniczka kwaśna śmietana 18%... no ale jak mówię, ja po prostu lubię wyraziste smaki w serniku :-)

Podsumowując:

sernik został pożarty w jedno popołudnie :-))



sobota, 3 października 2009

drożdżowe rogale z WC14 ;)



Świetne dwa przepisy wybrała do Weekendowej Cukierni #14 jej Gospodyni Olciaky. Piszę, że obydwa są świetne, bo obydwa mam juz za sobą ;) I choć miałam zrobic tylko rogale, to jakoś tak mi się dzisiaj zebrało na kuchenną twórczość i zrobiłam również sernik ( i jeszcze powtórkę z dwóch ostatnich wydań WP też). Rogali juz nie ma, bo zrobione pojechały do mojej Jedynej Macochy razem z nami oczywiście i wyśmienicie smakowały do kawy i herbaty z cytryną... Sernik natomiast jeszcze jest, ale o nim innym razem :-)

Na blogu Olcika można przeczytać oryginalny przepis, ja podam zmieniony po mojemu. Zmiana dotyczy jedynie ilości cukru ;)

Przepis:

  • 1 szklanka mleka
  • 1/2 kostki masła
  • 3 duże jaja
  • 70 g cukru - to jest o wiele mniej niż 1/2 szklanki
  • 720 g mąki tortowej
  • 1 łyżka drożdży instant
  • szczypta soli

Mleko podgrzałam na tyle, żeby rozpuściło się w nim masło. Przelałam do maszyny do chleba, wbiłam jaja i wsypałam mąkę, cukier, drożdże i szczyptę soli. Ustawiłam na wyrabianie i wyrastanie. Po 1 godzinie i 25 minutach miałam gotowe niezwykle delikatne, a jednocześnie bardzo plastyczne ciasto.

                         

Podzieliłam je na 4 części, każdą wywałkowałam w "okrąg" i pokroiłam na 8 trójkątów. Na każdy z nich nakładałam po łyżeczce powideł śliwkowych z czekoladą lub marmolady rabarbarowej. Zwijałam mniej lub bardziej udolnie w rogaliki. Zwinięte posmarowałam

  • 3 łyżkami stopionego masła

  

i odstawiłam na 40 minut do napuszenia. Po tym czasie piekłam 10-12 minut w piekarniku z termoobiegiem, nagrzanym do 190 stopni C. Gdy rogale nieco przestygły pomalowałam je lukrem.

Były przepyszne! Miekkie, delikatne, pachnące.... Niebo w gębie :-)

Olciu bardzo ci dziekuję za przypomnienie, że rogale zmakują wyśmienicie i wcale trudno się ich nie robi :*


niedziela, 13 września 2009

sernik ale inaczej, z WC 12 ;)



Ola z bloga Sweet Spoon zaprosiła w tym wydaniu Weekendowe Cukierni do upieczenia rolady lub zrobienia sernika na zimno z owocami. Z roladami radzę sobie średnio, choć oczywiście ćwieczenie czyni mistrza i powinnam potrenować, ale to może później, za to z sernikami radzę sobie nieźle. Postanowiłam więc zrobić tym razem sernik. Okazja do zrobienia trafiła się sympatyczna, mianowicie odwiedziny Ani (pozdrawiam Pani Prof. ;). Tak więc zabrałam się dziarsko do pracy... I jak to ja, zawsze COŚ muszę pomylić ;) Kupując w sklepie różne czekolady (w tym białą - tak mi sie wydawało) mało dokładnie przyjrzałam się opakowaniu i zamiast kupić białą białą, kupiłam białą kawową... Smaczna, polecam :-) Ale to tylko taka mała zmiana koloru i smaku przecież... ;) Sernik robiłam z 1/3 porcji i bez słodkich dżemów. Robiąc go jeszcze kiedyś z samymi owocami będę musiała dodać jednak odrobinę żelatyny, ten jest bez i nieco się rozpłynął, choć bardziej to wina musu truskawkowego jaki wsadziłam do środka :-)

Przepis:

  • 250 g twarogu aksamitnego
  • 80 ml kremówki
  • 100 g czekolady białej kawowej
  • pudełeczko truskawek
  • pudełeczko borówek
  • pudełeczko malin
  • ciasteczka amaretti
  • 50 ml likieru amaretti

Truskawki rozgniotłam delikatnie widelcem, obsypałam łyżeczką cukru pudru i zalałam 50 ml amaretti.

Małą keksówkę wyłożyłam folią spożywczą i na dnie umieściłam borówki.

Czekoladę wkruszyłam do śmietany i delikatnie podgrzałam. Jak wystygła to ubiłam. Dodałam ciągle ubijajac do twarogu. Połowę tak powstałej masy umieściłam na borówkach, na to wyłożyłam rozgniecione truskawki, starając się aby było jak najmniej soku, na truskawki poszła reszta masy serowej. na samym wierzchu poukładałam ciasteczka amaretti. Zawinęłam folię i sernik włożyłam na całą noc do lodówki. 

Przed podaniem udekorowałam kleksami bitej śmietany i malinami.

Smakował nieźle jak na połączenie kawy i amaretti ;) W kazdym razie mój Gość chwalił :-)


niedziela, 30 sierpnia 2009

Weekendowa Cukiernia nr 11, suplement ;)


A tak wygląda jabłecznik francuski ze śliwkami ;) I znowu, tak jak poprzednio, piekłam w większej tortownicy (26 cm), tak że ciasto cienką warstwą przykrywało jej dno, no i dałam dużo owoców... Wyszło mniam, mniam :-)

I przy okazji, zupełnie przypadkiem, ciacho trafia do śliwkowej zabawy :-)

piątek, 28 sierpnia 2009

Francuski jabłecznik czyli WC nr 11 ;)


Jedna z wielu wersji jabłecznika francuskiego w moim domu wygląda właśnie tak :-) Jest to wersja baaaardzo jabłkowa, którą lubie najbardziej. A ponieważ nie umiem zrobić na przykład jabłkowego strudla dlatego wkładam do "francuza" niebotyczne ilości jabłek. Tu jest coś ok 1 kg... ;) Ciasto wtedy delikatnie przenika jabłuszka, a na wierzchu tworzy się fajny jajeczno-śmietanowy omlet. I powiem Wam, że mimo takiej ilości jabłek ciasto wogóle nie jest rozpaćkane i doskonale sprawdza się w podróży :-)

Przepis na ten jabłecznik można sobie przypomnieć tu. Piekę też czasami to ciasto ze śliwkami i brzoskwiniami. I z każdym z tych owoców smakuje genialnie :-) Zachęcam do prób i eksperymentów.

Ten kawałek pozował do zdjęcia, bo tak po prawdzie, to całe ciasto zostało zabrane w podróż na południe Polski i w dużej części pożarte przez moje Małe Dziecko ;)

Related Posts Widget for Blogs by LinkWithin